wtorek, 26 lipca 2016

'Przyjaźń trwa wiecznie'...

   Życie to ciągła walka z przeciwnościami losu, jak nie wiatr wieje nam prosto w twarz, to dostajemy kaloszem prosto w pysk...Mówią, że nic nie dzieje się bez przyczyny, u góry nas los jest już zasądzony, a my musimy wykorzystać to co nam poda na tacy, nie zależnie od wyboru nasz koniec będzie taki sam, czy będziemy walczyć czy się poddamy...
  Parę dni temu żegnałam moją przyjaciółkę, pierw w krematorium, potem za cmentarną bramą. Znałyśmy się od lat,a połączyła nas także tragedia, śmierć moich maleństw, a potem jej córki. Byliśmy nie rozłączne, mogłyśmy się nie widzieć tygodniami, a zawsze był czas na parogodzinne telefoniczne rozmowy. Nie podobało mi się jej postępowanie, jej życie, ale nic nie mogłam z tym zrobić, bo od tego byłam by wspierać ją w jej decyzjach i być blisko gdy walił jej się świat. Nie raz ostre wymiany zdań między nami były, ale nigdy żadna nie zostawiła urazy na dłużej niż do świtu. Teraz jestem zła, wściekła, zawiedziona, bo odeszła, zostawiła mnie samą z tym całym burdelem, z problemami z każdym dniem większymi, obiecała pomóc, mówiła damy radę, jestem tu...i co? już jej nie ma...zostawiła mnie w dniu obchodzonego roczku mojego syna. A jeszcze dzień wcześniej wieczorem rozmawialiśmy, zwierzała mi się, prosiła abym się wyrwała, nie miałam jak pochłonięta przygotowaniami, nie miałam ani chwili czasu aby zobaczyć ją ostatni raz, uśmiechniętą, radosną, gdybym tylko wiedziała, że tak los zdecyduje, nie wyrzucałabym sobie tego dzisiaj...tyle jej miałam jeszcze do powiedzenia, tyle chciałam jeszcze zrobić, takie plany miałyśmy, a ona odeszła...wg lekarzy rozrusznik przestał działać, padł, reanimacja nie dała skutku, serce w ogóle nie ruszyło. Nic jej nie trzymało na tym świecie, odeszła zostawiając wszystkich bez walki, męża, trójkę dzieci i bliskich. Gdybym tylko wiedziała, że umiera bym przyjechała rzucając wszystko, może zdążyłabym choć powiedzieć ile dla mnie znaczyła, dopóki jeszcze ostatnimi ruchami lekarze kazali jej sercu bić,  a mnie nawet w tej chwili nie powiadomili, nie chcieli, bali się, martwili, zostawili to na wieczór, po mszy gdy byli pewni, że nie będę sama...Nie uwierzyłam, nie chciałam w to wierzyć, przecież rozmawialiśmy, czuła się dobrze nic nie przepowiadało tej straty...Dzień stracił sens, najważniejsze chwile spowite mgłą i tona łez, które wciąż płyną gdy łapię się na tym, że chcę do niej dzwonić, a jej już nie ma. Na ostatnim pożegnaniu nie umiałam płakać, nie potrafiło do mnie dotrzeć, że to ona leży w tej sosnowej trumnie, ubrana cała na czarno, tylko kolorowe paznokcie dawały znać, że to nadal ta sama osoba. To nie było ona, cała energia uciekła z niej zostawiając tylko ciało, które bez duszy było jak każde inne...
 Pogrzeb był ciężkim przeżyciem gdy wśród kwiatów postawiono jej zdjęcie, nadal trudno się pozbierać po słowach w liście pożegnalnym, kiedy go napisała? Czy coś wyczuwała? Czemu nic nie wspomniała...Jedynie mogłam się postarać o to aby w wieńcu miała ulubione kwiaty, nic nie mogłam zrobić więcej, bo na wszystko było już za późno...
  Teraz mam przyjaciółkę blisko, parę minut drogi od mojego domu i choć wolałabym ją tysiące kilometrów stąd żywą, zostaje mi tylko pamięć, ból w sercu i mały grób jej i małej Małgosi.
Jakbym to ona powiedziała: wreszcie mogę przytulić własne dziecię i Twoimi też się zajmę...
Brak mi, szczególnie teraz gdy pakuję się nad nasze morze, które pierwszy raz w życiu zobaczyłam właśnie z nią, gdy jutro będę chciała jej przekazać informację na którą tyle czasu we dwie czekałyśmy, nie zadzwonię, nie uzyskam odpowiedzi, nie usłyszę jej głosu...już jej nie ma, tylko kiedy to do mnie dotrze?